Strona główna
Aktualności
Loża TT
Frekwencja
Piwna Mila
Galeria
Trasy
Nasze występy
Historia
Linki
Kontakt

Data: 30 wrzesień 2011r.

Miejsce: Grecja

Dystans: 246 km

Startujących: 285

Okiem marinero:

17 września 2011 wystartowałem w biegu 24-godzinnym. Większość doświadczonych ultramaratończyków odradzała mi ten start, gdyż wiedzieli że za dwa tygodnie biegnę w Spartathlonie. Ja jednak chciałem zrobić podczas tego biegu ponad 200 km i zaklepać sobie udział w przyszłorocznych Mistrzostwach Świata, które to będą organizowane w Polsce. W czasie biegu rozsądek jednak zwyciężył i po 120 km zrezygnowałem z rywalizacji i udałem się na odpoczynek do namiotu. W końcówce potruchtałem jeszcze z Olą Niwińską, która to ponownie ustanowiła rekord Polski pokonując ponad 220 km. Ja natomiast zrobiłem wtedy 155 km, ale myślami byłem już wtedy w Grecji.

Po kilku regenerujących treningach około 10-kilometrowych, nadszedł czas ponownie udać się na Spartathlon (po roku, kiedy to tego biegu nie ukończyłem).

Odlot do Grecji zorganizował już Zbyszek Malinowski. Dzięki mojemu koledze z klubu TT Szczecin, Piszczykowi, dojechaliśmy wraz ze Zbyszkiem i Henrykiem Chudym, bezpiecznie ze Szczecina na lotnisko w Berlinie. Sam lot przebiegł bez problemów, oprócz tego że na odprawie Niemcy zarąbali mi maść do stóp sprezentowaną przez Marcina ze sklepu Run Expert. Na miejscu w Atenach czekał na nas już Darek Strychalski, który przyleciał z Warszawy i tu nastąpiła konsternacja. Mianowicie strajk komunikacji miejskiej zmusił nas do wzięcia taksówki do hotelu "London", w którym to znajdowało się biuro zawodów. Spacer 30-kilometrowy z bagażami nie wchodził w rachubę. Za kurs zapłaciliśmy 35 Euro. Jako że przybyliśmy dzień przed oficjalnymi zapisami, pierwszą noc spędziliśmy na kanapach w holu przed recepcją. Następnego dnia nastąpił odbiór pakietów startowych oraz zostaliśmy oficjalnie zakwaterowani w hotelu. W ramach oszczędności miejsc, do dwuosobowych pokoi Grecy dostawiali po dwa łóżka, w rezultacie spaliśmy po cztery osoby w jednym pokoju. Nikt jednak nie narzekał na ścisk, bo w końcu przyjechaliśmy tutaj biegać, a nie na urlop. Tego dnia przybyli również pozostali Polacy: Leszek i Marzena Rzeszótko oraz Paweł Kotlarz. Środa i czwartek aklimatyzowaliśmy się, przy okazji trochę truchtając oraz pływając w pobliskiej zatoce Sarońskiej.

Ultramaraton ten mierzy dokładnie 246 km i składa się z 75 punktów kontrolnych, rozstawionych średnio po 3, 4 kilometry oraz 6 punktów głównych w których to można było skorzystać z masażu, bądź położyć się na materacu i zdrzemnąć chwilkę. Na każdy z tych punktów można było, dzień wcześniej zostawić jakiś własny napój, coś do przegryzienia, bądź jakiś własny ubiór. Ja miałem dylemat gdzie zostawić własną latarkę oraz lekką kurtkę, żeby za bardzo nie zmarznąć w nocy. Na paru punktach zostawiłem również batony vitargo oraz magnez. Większość miała swoich serwisantów którzy to po 80 km, ale tylko na punktach kontrolnych mogli służyć swoją pomocą. Całą naszą siedmioosobową ekipą z Polski zajmowała się pani Wioletta (nauczycielka w tutejszej szkole) oraz pan Andrzej (pracownik naszej ambasady). Z racji swoich obowiązków dotarli na trasę dopiero po kilkunastu godzinach biegu.

Nastąpił piątek 30 września i start do Spartathlonu . Zdecydowałem się założyć spodenki do kolan oraz koszulkę z krótkim rękawem. Numery startowe musieliśmy przypiąć zarówno z przodu, jak i z tyłu. Na start organizatorzy zawieźli nas autobusami pod Akropol. Po krótkiej celebracji wystartowaliśmy o godzinie 7 rano. Ja zacząłem biec w czołówce, gdyż na każdym punkcie był limit czasu w którym trzeba było się zmieścić. Gdy ktoś przekroczył ten czas, zostawał zdejmowany przez sędziów, co oznaczało dyskwalifikację i podróż do Sparty autobusem.

Planowałem na początku (gdy było jeszcze w miarę chłodno) nadrobić dużo czasu, żeby później się nie martwić, czy zdążę dobiec do kolejnego punktu przed jego zamknięciem. Po 10 km biegu jednak musiałem skorzystać z toalety znajdującej się na pobliskiej stacji benzynowej. Wykorzystali wtedy ten moment Zbyszek Malinowski i Henryk Chudy, wyprzedzając mnie. Po paru kilometrach dogoniłem ich jednak i zostawiłem z tyłu. Na każdym punkcie była woda, rozcieńczona cola, jakiś gazowany izotonik, solone ciastka, czasami ciepła herbata, później także kawa, orzeszki, rodzynki... czyli standard podczas biegów ultra. Mi brakowało tylko owoców, a szczególnie pomarańczy. Na punktach były tylko banany. Po kilku godzinach zaczynało słońce ostro dawać się we znaki. Odbijało się ono od asfaltu, potęgując gorąco. Temperatura dochodziła do 28 stopni Celsjusza. Świadomie trochę zwolniłem żeby nie tracić za dużo sił. Od tego momentu biegnę dodatkowo z buteleczką w ręku uzupełniając ją na każdym punkcie różnymi płynami. Przed Koryntem (80 km) wyprzedził mnie ponownie Zbyszek z podążającym za nim jak cień Heniem. Heniu w tym roku debiutował, natomiast Zbyszek startował już ósmy raz z rzędu i za każdym razem kończył cały bieg. Heniu postanowił więc trzymać się cały czas doświadczonego kolegi.

Na Koryncie serwują ciepły posiłek. Posilam się gotowanym ryżem z jarzynami, nie mam ochoty na makaron, sędziowie spisują mój numer i ruszam dalej w trasę. Na 90 kilometrze poczułem lekki skurcz w prawej nodze, mimo że przed startem wręcz dosłownie nafaszerowałem się magnezem. Od czasu do czasu przechodzę do marszu. Dobrze że zrobiłem sobie wcześniej ponad 2 godziny przewagi przed zamknięciem danych punktów. Myślę sobie, muszę dotrwać jakoś do 124 kilometra tam ma czekać nasz serwis z różnymi specyfikami.

Setny kilometr, pamiętam że tutaj zostawiłem własny baton vitargo. Odbieram własne zawiniątko, a tam oprócz batonu… dwie tabletki magnezu. Dopiero teraz przypomniałem sobie, że dzień wcześniej dołożyłem magnez tak w "razie czego". Jestem uratowany. Na 110 km, mija mnie z naprzeciwka samochód naszej ambasady z Wiolettą i Andrzejem w środku. Mówią że zaraz zawrócą, sprawdzą tylko co się dzieje z naszą pozostałą czwórką. Informuję ich że będę potrzebował niedługo magnez. Odpowiedzieli że będą czekać na mnie przy głównym punkcie.

Zaczyna się ściemniać. Na jednym z punktów proszę o latarkę, bez wahania ją otrzymuję. Docieram do 124 kilometra. Nemea. To tu się znajduje jeden z głównych punktów. Tutaj również zakończyłem swój udział w tamtym roku. Mam teraz dwie i pół godziny przewagi. Tu decyduję się na masaż oraz zjadam ponownie ciepły posiłek. Odbieram swoją kurtkę oraz latarkę "czołówkę", którą zdecydowałem się zostawić w tym miejscu. Robi się chłodno. Zakładam kurtkę i ruszam w dalszą drogę nie czekając na spóźniony serwis. Po kilku kilometrach wyprzedza mnie samochód naszej ambasady. W ciemnościach nie poznają mnie, gdyż mój numer startowy schowany był pod kurtką. Na wysokości 140 kilometra ponownie nadjeżdżają znad przeciwka. Wioletta pyta: Robert? Odpowiadam że tak, to ja. Pytają co potrzebuję? Odpowiadam że przede wszystkim magnez i że mam taki kaprys na sok pomidorowy (od rozcieńczonej coli oraz ichnich soków dostawałem już mdłości). Zawrócili więc i pojechali do przodu zatrzymując się na następnym punkcie. Otrzymuję tam obiecaną ampułkę magnezu w płynie, a drugą chowam do kieszeni, jak również i baton energetyczny. Niestety soku pomidorowego nie udało się załatwić, wypijam więc na szybko przygotowaną gorącą zupkę z kubka. Tam też dowiaduję się że pozostała czwórka Polaków jeszcze biegnie i że do Nemei powinni wszyscy dać radę dobiec. Następnie pojechali do przodu żeby podać wcześniej przygotowane, cieplejsze ubrania naszej pierwszej dwójce. Jakież było moje zdziwienie, kiedy to na następnym punkcie widzę Wiolettę z kubkiem w ręku. Mówi: "Patrz co mam dla ciebie?" Zaglądam do kubka, a tam sok pomidorowy, żartuję że teraz do pełni szczęścia brakuje mi jeszcze tylko schabowego i piwa. Wypijam od razu dwa duże kubki, dziękując serdecznie za ten sok i z nowymi siłami wracam ożywczo na trasę.

Teraz czekało na mnie największe wyzwanie: Pokonanie góry Sangas. Dobrze że w ręku miałem dodatkową latarkę, mogłem więc przyświecać dokładnie każdy niebezpieczny odcinek trasy. A było to naprawdę niebezpieczne wspinanie się prawie na czworakach przez 2,3 kilometrowy odcinek. Gdy dotarłem na górę, nawet nie zatrzymywałem się bo wiał tam bardzo przenikliwy zimny wiatr, a temperatura wynosiła około 5 stopni Celsjusza. Czym prędzej więc zacząłem schodzić, oczywiście starając się przy tym nie skręcić nogi lub potknąć, bo skutki potknięcia w tym miejscu mogły by być mocno opłakane. Po dotarciu do asfaltu odetchnąłem z ulgą.

Po pewnym czasie zaczęło się rozwidniać, a ja starałem się kontrolować czas. Na co drugim punkcie zatrzymywałem się i siadałem na krzesełku na parę minut, dając odpoczynek mocno zmęczonym już nogom. Na około 190 kilometrze dowiaduję się że już kontynuuje bieg tylko nasza trójka Polaków. Paweł zrezygnował na 124 km. Marzena z Leszkiem oraz Darek nie zmieścili się w czasie przed górą Sangas. Teraz częściej spotykałem naszych serwisantów. Dostawałem od nich magnez, batony energetyczne oraz mój ulubiony wtedy sok pomidorowy. Po kilku godzinach zaczęło się znowu robić gorąco i duszno. Szczęśliwi ci co już byli na mecie. Mi pozostał do przebiegnięcia jeszcze "tylko" maraton i osiem godzin do końca regulaminowego 36-godzinnego czasu. Moja przewaga zmalała do 1,5 godziny, ale już byłem wtedy pewny że uda mi się osiągnąć upragnioną metę. Pod górkę maszerowałem, natomiast na zbiegach truchtałem. Brakowało cienia i zrobiło się strasznie upalnie, co przy postępującym zmęczeniu dawało się mocno we znaki. W przejeżdżających autach kierowcy trąbili, a pasażerowie machali pozdrawiając i zachęcając do szybszego przebierania nogami. Na jednym z punktów zauważyłem też sok wiśniowy. Dorwałem się do niego łapczywie zaspokajając pragnienie. Zawsze to coś innego, niż ten pomarańczowy dziwny napój izotoniczny z bąbelkami. Niektórzy zaczynają mieć problemy ze świadomością. Część zawodników lekko drzemała podczas biegu. Ja nie miałem z tym problemu. Nigdy nie zasypiam podczas tak długich biegów. Na 20 km przed metą wymieniam czapeczkę na specjalnie przygotowaną wcześniej na tę okazję biało-czerwony daszek z polskim orłem. Część zawodników zaczęła mnie wyprzedzać, ale tu przede wszystkim liczyło się ukończenie, a tego już byłem pewny niemal na 100% że dam radę. Na 74 punkcie otrzymuję polską flagę. Dołączają do mnie na chwilę Paweł, Leszek i Marzena, którym to nie dane było ukończyć tego biegu w tym roku. Wszyscy dookoła klaszczą, wiwatują, pozdrawiają, kierowcy nie oszczędzają klaksonów dopingując ultra maratończyków. Przyłączają się dzieci na rowerach, jest wspaniała atmosfera. Na ostatnie kilkaset metrów rozpościeram polską flagę i tak radośnie wpadam na metę. Podbiegam pod pomnik króla Sparty Leonidasa i całuję jego lewą stopę. Po chwili robi mi się ciemno przed oczami. To pewnie te ostatnie finiszowe metry dały znać o sobie. Siadam więc na chwilę przy pomniku i czekam aż poczuję się trochę lepiej. Patrzę na zegarek, mój czas to 34 godziny i 42 minuty. Następnie wstaję i otrzymuję wieniec oliwkowy na głowę oraz statuetkę ukończenia tego morderczego biegu. Potem Leszek prowadzi mnie do punktu, gdzie młode kobiety ściągają mi buty, oraz myją stopy. Dla takich chwil naprawdę warto było się tyle męczyć. Chwilę jeszcze siedzę na krzesełku, a następnie podjeżdża po mnie taksówka i zawozi prosto do hotelu w Sparcie. Tam już w pokoju czekają na mnie mocno zmęczeni ale szczęśliwi Zbyszek oraz Heniu. Ukończyli oni bieg prawie 3 godziny przede mną. Heniu podaje mi piwo, dziękuję mu serdecznie za ten boski napój. Nie mam siły na kąpiel i od razu ląduję na łóżku. Leżę tak ze 2 godziny, dopiero później podnoszę się biorę prysznic. Nie mam siły już żeby zejść na kolację. Otrzymuję od Zbyszka tabletkę przeciwbólową i ponownie ląduję w łóżku. Wstaję dopiero następnego dnia rano na śniadanie. Apetyt mam wielki. Zjadam przede wszystkim dużo jajek pod różnymi postaciami oraz uzupełniam płyny.

Po śniadaniu udajemy się ponownie pod pomnik Leonidasa i robimy sobie pamiątkowe zdjęcia. Po południu wracamy z powrotem autokarami do Aten, po drodze zatrzymując się na uroczystym obiedzie, gdzie wino lało się strumieniami... Wyruszamy do Aten, nasz autokar odmawia posłuszeństwa jakieś 15 km przed hotelem, przez co organizatorzy zmuszeni byli podstawić rezerwowy i jakoś z przygodami dojeżdżamy do hotelu "London". Na drugi dzień w poniedziałek podczas uroczystej kolacji, każdy kto ukończył bieg został wyczytywany i nagradzany medalem oraz dyplomem. W tym roku ukończyło nas 143 ze 285 startujących, czyli dokładnie połowa. We wtorek trzeba było się już żegnać z innymi uczestnikami Spartathlonu i nadszedł czas powrotu do Polski. Tym razem mieliśmy szczęście, bo komunikacja nie strajkowała i autobusem liniowym X96 dotarliśmy na lotnisko. Pożegnaliśmy się tam również z Darkiem i Pawłem, a ja wraz ze Zbyszkiem i Heniem udaliśmy się na samolot do Berlina. Po trzech godzinach lotu wylądowaliśmy w Berlinie, gdzie czekało na nas dwóch wiwatujących na naszą cześć przyjaciół z mojego szczecińskiego klubu TT Szczecin: Piszczyk i Grabi. Zawieźli oni nas już bezpiecznie do Szczecina.

Reasumując, gdyby nie kolega Bartek (Vigo), który by mi nie znalazł sponsora, na pewno nie wystartowałbym w tym biegu. Również swoje dołożył Piszczyk za co Im wszystkim bardzo dziękuję!!!

Jakieś 60 km przed metą, wiedziałem że ukończę, ale mocno już obolały wręcz krzyczałem do siebie: "Nigdy więcej Spartathlonu"... Po dwóch dniach już mi przeszło.


Kliknij tutaj aby przejść do galerii tych zawodów

Nasi sponsorzy:

TechSan

RBF Sport
Cytat miesiąca:

Cytat miesiąca